Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

 

Moje opowiadanie o sumie napisane za namową mojej wspaniałej koleżanki Karoliny Rębisz. Karolinko w podziękowaniu za Twe dobre serce.

 

Karolinko spełniaj swoje marzenia, tak jak to zrobił bohater tego opowiadania.

 



Pewnego lipcowego wieczoru nad rzeką w cieniu czarnej olchy w krzakach przy brzegu rzeki, siedział dla nikogo nie widoczny człowiek. Inni ludzie, którzy nad tą rzeką szukali ochłody, porozbierali się prawie do naga i z wytrwałością wystawiali swe rozgrzane słońcem ciała na ledwie wyczuwalne podmuchy wiatru. Upał tego dnia był ogromny i aż prosiło się o deszcz. Po rzece pływał kajak, a w nim siedziało dwóch ludzi. Pływali w tę i z powrotem na długim prostym odcinku głębokiej rzeki, która tu w krainie leszcza niosła leniwie swe zmącone już wody do pobliskiego morza. Ludzie w kajaku wzbudzili dość powszechną sympatię wśród zgromadzonych na trawiastym brzegu licznych amatorów słońca. Za każdym razem gdy kajak przepływał obok obozowiczów, ci wymachiwali do kajakarzy i kibicowali im z radością krzycząc: tempo, tempo… 
Jedynie człowiek siedzący w cieniu patrzył na płynących z pogardą i złością w oczach.

- Przeklęci kłusole, oby wam się ta kotwica wbiła w jakiś kołek leżący na dnie! – Mówił do siebie w myślach niewidoczny obserwator, odgadując, że do kajaka przywiązana jest lina ciągnąca przy dnie kłusowniczy sprzęt.

Nie komentował jednak głośno tego co widział, przyglądał się tylko bacznie wszystkiemu co się dzieje w tej chwili w przyrodzie. Jako pierwszy zauważył, nadchodzącą z dala nawałnicę. Czekał tu na nią z nadzieją, że kiedy już nadejdzie, to będzie mógł zaobserwować w wodzie pewne zjawisko, którego był bardzo ciekaw. Dostrzegł oczyma przyrodnika, że kolor nieba na południu zmienił się z niebieskiego w szary. Zaczynał też wiać słaby wiaterek, który chłodził wymęczone już upałem ciała ludzi.
Niemal w jednej chwili zerwał się gwałtowny wiatr, a z oddali słychać było grzmoty. Pogoda zmieniała się z sekundy na sekundę. Wiatr, który na początku ledwie poruszał liśćmi olchy, teraz przyginał już jej gałęzie, rozrzucał ubrania i sprzęt turystyczny letników. Raptownie zrobiło się prawie ciemno, a z nieba lunął obfity deszcz. Ten mrok rozjaśniały co chwilę błyskawice, a grozy tej chwili dodawał świst wiatru i huk grzmotów wydobywających się z pędzącej szaleńczo po niebie, czarnej jak smoła burzowej chmury z rodzaju Cumulonimbus. Ludzie szybko pochowali się do swych samochodów, zostawiając na plaży część biwakowego sprzętu. Człowiek pod olchą nieporuszony mimo niebezpieczeństwa spoglądał w wodę wypatrując uważnie czegoś, co miał nadzieję zobaczyć. Tymczasem kajakarze, którzy znajdowali się daleko w górze rzeki nie mogąc znaleźć nigdzie bezpiecznego miejsca do wylądowania pędzili co sił w ramionach na plażę, niesieni dodatkowo prądem rzeki i pchani wiatrem. Ich kajak zbliżał się szybko do zbawczego brzegu. Prędkość z jaką płynął była jednak zdecydowanie za duża aby mogli przeciwstawiając się sile wiejącego wiatru i bezpiecznie skręcić w stronę brzegu. Włożyli więc wiosła w wodę i próbowali zatrzymać kajak, lub przynajmniej go spowolnić. Człowiek spod drzewa przyglądał się im już bez nienawiści lecz z politowaniem. Oni ciągle walczyli z siłami gwałtownego żywiołu i pracowali ciężko nad zatrzymaniem kajaka. W końcu, ku zdziwieniu swoim i niewidzialnego obserwatora ta sztuka im się udała i kajak najpierw zwolnił, a następnie zatrzymał się stojąc w miejscu mimo, iż popychał go wiatr i rzeczny prąd. Było to niewytłumaczalne co się właśnie działo: kajak zaczął powoli płynąć pod wiatr i pod prąd nie popychany wiosłami zdezorientowanych wodniaków. Obserwator spod olchy szybko zrozumiał co dokładnie się dzieje, a na jego twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia, rozjaśniony blaskiem rozradowanych oczu. Serce zaczęło mu bić szybko i głośno, tak głośno, że słyszał je w uszach mimo szalejącego wokół szkwału.

- Nie myliłem się! – Powiedział do siebie w duchu. - Jesteś tu, tak jak myślałem. Teraz już jesteś mój!

Po pół godzinie burza zaczęła słabnąć. Od strony z której nadeszła widać już było jasne niebo. Z każdą minutą była coraz dalej. Kajak jednak stał w miejscu z wystraszonymi na pokładzie dwoma pobladłymi ludźmi. Znajdował się około dwudziestu metrów od brzegu i płynął coraz szybciej pod prąd rzeki na jej środek.

- Ciekawy jestem co wy teraz zrobicie cwaniaczki? Nie wierzę, że dacie mu radę, za słabi na to jesteście… - pomyślał obserwator spod drzewa.

Wioślarze zaczęli przeciwstawiać się sile znoszącej ich na środek nurtu, wiosłując z coraz większym zapałem. Strach już ich opuścił, a niebezpieczeństwo nagłego żywiołu przestało już im grozić. Plażowicze, którzy powychodzili właśnie ze swych samochodów, zajęli się zbieraniem swoich ubrań, krzesełek i leżaków porozrzucanych przez wiatr. Spoglądali w czasie tej czynności kątem oka na dziwne niezrozumiałe zjawisko dziejące się na środku rzeki. Wielu z nich odnalazłszy już swoje rzeczy, zaczęła się z coraz większą uwagą przyglądać temu co dzieje się z kajakiem.
Ten wbrew wszelkim prawom fizyki płynął powoli pod prąd rzeki odporny na pchające go w przeciwnym kierunku wiosła. W końcu wioślarze przestali wiosłować i zaczęli się naradzać. Wynikiem tej narady było zrobienie najgłupszej rzeczy pod słońcem. Obaj włożyli wiosła do wody, zanurzając ich pióra głęboko, każdy z innej strony i jednocześnie na „trzy cztery” mocno, z całych sił zaczęli wiosłować nie kontrolując tego co się dzieje. Obserwatorzy z plaży w tym ukryty w cieniu drzewa człowiek zauważyli, że gdy tylko kajakarze rozpoczęli swoje natarcie ich kajak ani o centymetr nie przesunął się do przodu. Zaczął się natomiast od tyłu zanurzać w wodę.

- Musisz być bardzo duży, cieszy mnie to – pomyślał obserwator.

Nim dwaj desperaci się zorientowali w swym błędzie, kajak przynurzył się tak, że przez kokpit zaczęła się dostawać woda. Nie trzeba było już długo czekać aby obaj wpadli do rzeki. Na ten widok zgromadzone kobiety uderzyły w krzyk, a mężczyźni otworzyli szeroko usta w oczekiwaniu na dalszy bieg zdarzeń. Obaj rozbitkowie po chwili wypłynęli na powierzchnię. Na szczęście potrafili pływać i po kilku minutach byli na brzegu.
Rozmowom i pytaniom nie było końca. Nikt jednak nie potrafił wyjaśnić dlaczego kajak zatonął. Wypytywani o przyczynę kajakarze ruszali tylko ramionami i twierdzili, że niczego nie rozumieją udając niewiniątka.

- Teraz moja kolej - pomyślał obserwator oddalając się od rzeki.

Następnego dnia cichy obserwator kryjący się przez cały czas trwania tego zdarzenia w przybrzeżnych krzakach w cieniu olchy, pojawił się nad rzeką w porze popołudniowej. Trzymał w reku wędkę z kołowrotkiem, a na plecach niósł średniej wielkości plecak. Po jego ruchach i spojrzeniu widać było, że jest to człowiek pewny swego, wiedzący co robi. Tak było faktycznie, znał bowiem dokładnie ten fragment rzeki. Wcześniej dokładnie wszystko sprawdził, rzucając wiele razy marker mierzący głębokość wody, znalazł na dnie rzeki głęboki dół. Zdarzenie z kajakiem potwierdziło, że nie mylił się w swoim odkryciu. Po kilku minutach wędka, którą był prawie trzy metrowy spinning była gotowa do pracy. Na końcu grubej plecionki założony był dziesięciocentymetrowy nurkujący głęboko wobler. Kołowrotek na który nawinięta była plecionka miał dość okazale rozmiary. Szpula z całą pewnością mogła pomieścić co najmniej 300 m plecionki. Wędkarz podszedł do brzegu i zaczął wykonywać rzuty. Rzucał daleko swoją przynętę i ściągał ją do siebie prowadząc ją tuż nad dnem. Za każdym razem starał się aby wpływała w rzeczny dołek. Do zmroku jednak nie było żadnego brania, żadnego śladu życia w rzece. Tak było codziennie przez tydzień. Wędkarz wykonywał tysiące rzutów, zmieniał przynęty i obławiał spory obszar wokół dołka – wszystko na nic.
Ósmego dnia zmieniła się pogoda. Padał z nieba mały kapuśniaczek, który z godziny na godzinę zmieniał się w coraz bardziej rzęsistszą ulewę. W niczy to nie przeszkodziło wędkarzowi. Nadal rzucał przynętę spinningiem. W końcu poczuł tępe uderzenie w wędkę. Wydawało mu się że jego przynęta weszła w jakiś paskudny zaczep. Nic się nie działo poza tym, że przynęta nie dała się holować. Na nic zdało się naprężanie linki, na nic zdało się pstrykanie w nią ani jej popuszczanie. Przynęta z całą pewnością wbiła się jednym z grotów kotwicy w coś wielkiego i ciężkiego nie dającego się nawet o milimetr przesunąć. Gdyby nie mała iskierka nadziei jaka zaświeciła się w umyśle wędkarza odciąłby linkę i uzbroił następny zestaw. Ta nadzieja jednak nakazywała mu wierzyć w coś zupełnie nierealnego. Z każdą minutą zmieniała się w pewność i sugerowała coraz bardziej stanowczo, że przynęta nie utkwiła w żadnym martwym zaczepie lecz w ogromnym pysku gigantycznego suma. W umyśle wędkarza pojawiła się wizualizacja tego o czym marzył przez wiele lat swej wędkarskiej przygody. Widział oczyma wyobraźni jak walczy z potężnym sumem. Czuł jak wygina się wędka, słyszał jak terkocze kołowrotek, walczył z uciekającą rybą o każdy centymetr żyłki.
W rzeczywistości stał z wędką naprężając żyłkę i nie czuł na jej końcu żadnego ruchu. Deszcz lał teraz z taką intensywnością, że ubranie wędkarza stało się całe mokre, a woda przedostała się przez nie i nie przyjemnie chłodziła mu plecy, ramiona i nogi. Wlała mu się nawet do butów i mimo, iż było ciepło wędkarz zaczął drżeć. Nie wiedział jednak czy drży z zimna, czy też emocje spowodowały taką reakcję organizmu. Jego wędkarskie doświadczenie podpowiadało mu aby w jakiś sposób zmusić rybę do wykonania ruchu. Gdyby poczuł ruch na swojej wędce miałby pewność, że to nie jest zaczep. Tymczasem na końcu jego wędki nic się nie działo. Przynęta tkwiła w odmętach rzeki unieruchomiona na amen. Nadal nie wiadomo było do końca czy utkwiła w zaczepie czy też złapał ją swą paszczą olbrzymich rozmiarów sum, który według obserwacji wędkarza zamieszkiwał ten odcinek rzeki. Sam wędkarz nie był pewny tego co się wydarzyło. Nadzieja kazała mu wierzyć w suma, rozsądek w zaczep, a przyroda lejąc na niego strugi zimnego deszczu, coraz bardziej zniechęcała go do dalszego trwania nad rzeką. W końcu przyszło mu do głowy aby szarpnąć wędką. Poluzował więc hamulec kołowrotka i zaczął delikatnie szarpać. Nic to jednak nie dało. Czas płynął powoli i dłużył się, a każda kolejna minuta spędzona w strugach deszczu stawała się dłuższa i trudniejsza do wytrzymania. Wędkarz czuł coraz bardziej że jest zmęczony. Bolały go ręce, nogi i plecy. Coraz bardziej przekonywał sam siebie, że wyjdzie na głupka, który żyjąc nadzieją stoi w ulewnym deszczu naprężając wędkę, której przynęta tkwi wbita w jakąś kłodę lub zahaczyła się o szczelinę między dwoma głazami leżącymi na dnie.

- Co ja tutaj robię? - Pytał sam siebie. – Moknę w tym cholernym deszczu z wędką zaczepioną jak zwykle o jakieś paskudztwo.

Przypomniał sobie jednak, to co pewnej nocy słyszał siedząc w osamotnieniu nad rzeką. Była to noc spokojna, bezksiężycowa, ciepła - czerwcowa. Wybrał się wtedy nad rzekę bez swojego wędkarskiego sprzętu. Coś wtedy go ciągnęło nad wodę, rzeka przywoływała go do siebie swym śpiewem słyszanym tylko w jego podświadomości. Tuż po zapadnięciu zmroku usłyszał głośny pocałunek, całus, cmoknięcie. Dźwięk ten dobiegał od strony rzeki. Po chwili całuśnik znów skradł swej oblubienicy podobnego całusa. Po tych przejawach czułości wędkarz usłyszał pojedynczy bardzo głośny huk, jakby głazu wrzuconego do wody z dużej wysokości. Było wtedy ciemno i wędkarz niczego nie widział. Domyślił się jednak, że to sum całując powierzchnię wody zasysał z niej ledwie uśpioną drobnicę. Po czym spławił się z hukiem i pewnie odpłynął, bo żadne więcej dźwięki już nie dotarły od strony rzeki.

 

 


 

 

Zmęczenie i coraz większe zimno z każdą minutą osłabiały morale łowcy, który w końcu usiadł na mokrej ziemi z podkurczonymi nogami. Wędkę wsparł o ziemię i przyblokował nogą ustawiając ją pod katem 70 stopni. Co jakiś czas naprężał linkę, po czym ją luzował dając odpocząć swym mięśniom. Zaczął się w duchu śmiać z siebie i wyobrażać sobie co powiedzieliby jego znajomi gdyby zobaczyli go teraz siedzącego w błocie - mokrego i walczącego z czymś co nie koniecznie musi być warte takiego poświęcenia.

- Głupek ze mnie! Dzieciak bawiący się w błocie  –  zaczął mówić w myślach.

Komiczność jego położenia sprawiła jednak, że nabierał ochoty na dalszą zabawę. Naprężał więc wędkę coraz częściej coraz mocniej i z coraz większą wesołą złością. W końcu zamiast oporu, który czuł za każdym razem naprężając wędkę, poczuł luz, opór ustał. Zrezygnowany wędkarz spuścił wzrok i zasmucony kręcił głową z niedowierzaniem.
Chwycił swą wędkę w obie ręce i zaczął kręcić kołowrotkiem aby zwinąć linkę. Linka była luźna ale po kilku obrotach korbką coś tak mocno szarpnęło z drugiej strony, że wędzisko wypadło mu z rąk i sunąc po ziemi zmierzało do rzeki.

- Jesteś tam jednak! Nareszcie dałeś znak życia ty żarłoczna bestio – wykrzyczał już na głos zmęczony lecz uradowany wędkarz.

Zaskoczony nie stracił jednak zimnej krwi i rzucił się na swoją uciekającą wędkę skokiem bramkarza łapiącego piłkę zmierzającą po ziemi do narożnika jego bramki. Ta nietypowa interwencja okazała się skuteczna i wędka znalazła się w rękach swojego właściciela. Trzymał ją teraz mocno, tak mocno, że żadna siła na ziemi nie była w stanie wyrwać mu jej z rąk. Ta siła, która tego próbowała dokonać była jednak potężna. Gdy wędkarz stanął w wykroku i uniósł kij do góry kołowrotek zaterkotał niepokojąco oddając metr po metrze kolejne zwoje linki. Nie było możliwości zatrzymać tego w żaden sposób! Siła pochodząca z głębin rzeki napierała na wędzisko spokojnie lecz zdecydowanie. Była tak potężna, że wędkarz mógł jedynie obserwować kręcącą się szpulę i wygiętą jak wić wędkę. W pewnej chwili zorientował się, że jeżeli to potrwa jeszcze kilka minut, to wyczerpie mu się zapas linki. Ruszył więc za rybą brzegiem, próbując ją z całych sił hamować.

- Zapraszasz mnie na spacer? Proszę bardzo, chodźmy – pomyślał.

Ryba uderzała co rusz zdecydowanie w wędzisko trzymając się ciągle dna i tnąc koliście linką płaszczyznę wody. Nie było już żadnych wątpliwości tak walczy tylko jedna ryba – silurus glanis! W pewnym momencie sum się zatrzymał. Wędkarz również stanął zbierając siły do dalszej walki. Szczytówka wędki nadal wyginała się szarpana przez króla rzeki.

- Co teraz wymyśli wasza wysokość? – Zapytał głośno wędkarz.

Łowca próbował napinając wędkę oderwać suma od dna, wszystko na nic, ryba ani drgnęła. Po kilku minutach odpoczynku ruszyła nagle w dalszą drogę z ogromnym impetem, ciągnąc za sobą łowcę. Ten nie zważając na to, że musiał się przedzierać przez przybrzeżne krzaki, dzielnie szedł za swoim marzeniem. Idąc tak wzdłuż brzegu ciągniony przez niewidzialnego suma cieszył się jak dziecko. Poświęcił bowiem wiele tygodni na wytropienie tej ryby. Czas spędzony na poszukiwaniach oraz inwestycja całej wędkarskiej wiedzy w odnalezienie dziennego stanowiska przyczajenia suma dziś zwróciły mu się w postaci wymarzonego sukcesu jakim było branie ryby. To branie było już samo w sobie sukcesem. Jeśli udałoby się wyholować rybę na brzeg sukces otrzymałby dodatkowo koronę. To jednak nie było proste, sum nie ustępował. Płynął środkiem rzeki w jej dół przystając tylko czasami by zebrać siły i znowu ruszyć z werwą. Na czwartym takim przystanku wędkarzowi udało się w końcu przełamać siłę ryby i przyciągnąć ją do brzegu o jakieś dwa metry. Chwilę po tym ryba znów szarpnęła za wędkę ciągnąc wędkarza bliżej brzegu. Ten zaparł się mocno, dokręcił hamulec kołowrotka i postawił rybie opór wędziskiem. Tym razem poczuł, że sum nie ciągnął już w głębinę lecz siłował się z nim w poziomie.

- Słabniesz bratku – pomyślał wędkarz – problem w tym, że ja też.

Był to dla wędkarza znak aby zebrać w sobie wszystkie siły i ciągnąć rybę do brzegu. Nie było to łatwym zadaniem, bo ryba sprzeciwiała się mocno nie dając za wygraną. Metr po metrze jednak sum był coraz bliżej. W głowie wędkarza pojawiło się pytanie – czy jego sprzęt jest na tyle mocny aby wyholować tak wielką rybę?
O mocy sprzętu na suma decyduje zawsze jego najsłabszy element. Jest z nim dokładnie tak jak z najsłabszym ogniwem łańcucha. Czy linka lub kotwiczka, w którą uzbrojona była przynęta, były dość silne? To się okaże.
W końcu udało się ściągnąć suma na odległość około dziesięciu metrów od brzegu. Wtedy właśnie wędkarz zauważył jak z głębin wypłynął ku powierzchni wody ogromny pęcherz powietrza, który zrobił okrągłą falę na wodzie i ulotnił się do atmosfery.

- Witam waszą wysokość, jesteś już mój – powiedział łowca z uśmiechem na twarzy.

Nie było już na co czekać. Sum uwolnił powietrze z pęcherza pławnego, co świadczyło o tym, że jest już zmęczony. Wędkarz zaczął więc holować swojego rywala do brzegu. Wszedł nawet po pas do wody aby przyśpieszyć spotkanie z królem rzeki. Nie miał jednak pojęcia jaka niespodzianka kryje się pod wodą. Przekonał się o tym gdy na powierzchnię wynurzyła się ogromna otwarta szeroko sumiasta paszcza. Jej wielkość zaskoczyła wędkarza. Nie spodziewał się, że jego rywal jest tak ogromny. W tę paszczę dałoby się włożyć sporego arbuza, a nie tylko ludzką głowę na wzór treserów dzikich zwierząt, którzy w cyrku demonstrują w ten sposób swoją odwagę. Nie było już możliwości holowania ryby wędką. Jedyny sposób aby wyciągnąć tak ogromnego suma na brzeg, to włożyć w jego paszczę dłoń i chwycić mocno za jego dolną szczękę. Problem w tym, że ta szczęka uzbrojona jest w ostre jak piłka do metalu zęby. Niestety przygotowana na tę okoliczność skórzana rękawica była w plecaku, którego wędkarz nie mógł teraz z siebie zdjąć. Stojąc zanurzony po piersi w wodzie złapał więc suma gołą ręką.

- Mam cię draniu jeden, ha ha, chodź tu do mnie malutki – powiedział patrząc w głąb rozwartej paszczy suma.

Trzymał rybę lewą ręką za dolną szczękę, bał się jednak, że sum wzorem aligatora przekręci się w wodzie, co mogłoby doprowadzić do wykręcenia ręki w łokciu lub w barku. Opuścił więc swą wędkę do wody i chwycił suma oburącz. Powoli cofał się teraz z sumem w kierunku brzegu. Czuł, że ostre zęby ryby wbiły mu się w skórę dłoni, nie zważał na to. Będąc już blisko brzegu, zrozumiał, że nie będzie w stanie wytaszczyć tak potężnej ryby na brzeg. Chciał zobaczyć ją całą, ocenić jej długość, a nawet przybliżoną wagę. Niestety nie miał tyle siły aby podnieść suma. Popatrzył więc, na jego ogromny łeb i tułów, na jego malutkie oczka i długie wąsiska i wręcz nie mógł ze szczęścia uwierzyć w to co się realnie dzieje. Stał tak w wodzie kilka minut z włożonymi w paszczę suma obiema rękoma. W końcu zaczął szukać w tej paszczy swojej przynęty, którą natychmiast po znalezieniu odczepił. Sum był spokojny, jego głowa wystawała ponad powierzchnię wody, tułów i ogon pozostawał pod nią. Łowca zrezygnował z wyciągania ryby na brzeg. Nie miało to żadnego sensu i byłoby już zwykłym tylko sadyzmem. Zostawił ją w wodzie klepiąc rybę jedną ręką po głowie drugą uwolnił z uścisku.

- Wracaj do siebie skubańcu jeden – powiedział puszczając wolno ogromną rybę.

Sum opadł do wody, a po chwili wynurzył się z niej i leżał na jej powierzchni zupełnie wykończony. Wędkarz wyszedł na brzeg i wyciągnął z wody swoją wędkę. Teraz dopiero mógł przyjrzeć się sumowi. Ten bowiem nadal leżał na wodzie niczym ogromna kłoda w całej swej okazałości. Na oko miał prawie trzy metry. Był więc największym sumem złowionym na wędkę. Łowca zrobił mu na pamiątkę kilka zdjęć swoją komórką.
Minęła dobra godzina zanim leżący na wodzie sum się poruszył i powoli z dostojeństwem króla odpłynął w głębiny rzeki. Przez cały ten czas wędkarz stał cały mokry i patrzał na tę ogromną przepiękną w swej wielkości rybę.
Gdy sum odpłynął, wędkarz się uśmiechnął, jego marzenie zostało spełnione.
Wracając do domu był tak szczęśliwy, że ułożył krótką rymowankę o tym co go spotkało.

Na audiencję do króla dziś się dostałem
Silurusa glaniusa na wędkę złapałem

Władcą rzek jest nizinnych drapieżnik okrutny
Dziś swą siłę pokazał ten wojownik butny

Po godzinie walki dopiero z dna się wyłonił
Me prośby o spotkanie dziś zaspokoił

Dał się dotknąć pogłaskać i sfotografować
Po czym wrócił do rzeki by dalej panować